Po długoletniej pracy dla różnych firm, także dla rodzinnej firmy, chciałam znaleźć zajęcie, które nie będzie zbyt obciążające czasowo i pozwoli mi zorganizować swój dzień.
Branża nieruchomości była mi bliska, sama zmieniłam już wcześniej kilka razy swoje miejsce zamieszkania, dodatkowo z mężem zbudowaliśmy własny dom pod koniec lat 90-tych. Szukałam najpierw możliwości pracy w firmach oferujących franczyzę i tak natrafiłam na stoisko Adama i Ewy. Po tym pierwszym spotkaniu nastąpiło kolejne, podczas którego zdecydowałam się na współpracę z nimi jako agent nieruchomości.
W miarę postępujących szkoleń rynek nieruchomości coraz bardziej mnie wciągał. To, co w tej pracy bardzo mi się podobało, to spotkania z coraz to nowymi ludźmi. Nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktów, lubię prezentować nieruchomości, pracuję też z klientami poszukującymi, a więc łatwo się w tej branży odnalazłam.
Kilka lat temu szukałam domu przy pomocy agencji nieruchomości i obserwując pracę agentów stwierdziłam, że jest to bardzo interesująca i z pewnością nie monotonna praca. Codziennie nowi ludzie, nowe miejsca, ciekawe wnętrza, nowe wyzwania, sytuacje. Pomyślałam, że to mogłoby być coś dla mnie. Ale jeszcze kilka lat upłynęło, zanim ta decyzja w pełni wykiełkowała. I na pewno jej nie żałuję. Nigdy nie jest za późno na zmianę i rozwój.
Przede wszystkim potrzebowałam zmiany, po wielu latach pracy w korporacjach chciałam zobaczyć, jak to jest pracować w innej formule. Kiedy człowiek samodzielnie decyduje, jak chce pracować, jest zupełnie inaczej; teraz mam elastyczny dzień i tydzień pracy, pracuję na swoich zasadach (co wcale nie znaczy, że mniej; to znaczy, że... inaczej, po swojemu).
Całe życie pracowałam w handlu. Sprzedaż czy kupno mieszkań to też handel, choć trochę innym produktem.
To praca z ludźmi i dla ludzi. To różne ludzkie historie, czasami prawdziwe dramaty, a ja mogę i umiem pomóc i czuję, że to ma sens. To nie jest tak, jak w korporacji, że jest się trybikiem, który nie widzi początku ani końca swojego zadania; tu od samego początku wiem, co wybieram, na co się decyduję. Nigdy nie przypuszczałabym, że ta praca może być tak różnorodna i może stanowić takie wyzwania. To praca multi- i interdyscyplinarna, praca z ludźmi przeplata się z szukaniem odpowiedzi w księgach wieczystych i przepisach prawa, pracuje się w dzień i w nocy, w dzień powszedni i w weekendy, ale zawsze jest to moja decyzja, nie przełożonego.
Co mnie przekonało?
Po zrobieniu studiów podyplomowych i licencji dopiero wystartowałam, chyba nie do końca wiedząc, co tak naprawdę przede mną. Ale całą sobą potrzebowałam zmiany i poczucia sprawczości. A same nieruchomości nie rozczarowały, są fascynujące ze swoją różnorodnością: rozwiązań prawnych, budowlanych, ludzkich.
Na dziś każdy dzień to coś nowego. Czasami zastanawiam się czy to tylko ja tak mam, że absolutnie każdy przypadek jest inny, czy to w tej branży normalne :)
Przez wiele lat pracowaliśmy w największych korporacjach: wydawnictwach prasowych i agencjach reklamowych. Zajmowaliśmy się m. in. reklamą, marketingiem i sprzedażą. Czuliśmy się jak maszynka do wykonywania założonego planu. To był ciągły wyścig. Praca w korporacji to duża satysfakcja i duże pieniądze, ale są okupione stresem i brakiem życia prywatnego. W tamtym czasie - po studiach - to był dobry wybór. Ta praca pozwoliła nam na uczenie się od najlepszych, korzystanie z ich know-how. Po kilku latach poczuliśmy, że nie jesteśmy na swoim miejscu.
Mieliśmy poczucie, że nie robimy niczego ważnego. Tabele, raporty, prezentacje, plany, wyniki, budżety…Zestresowani goniliśmy swój ogon. Dojrzewała w nas myśl o zmianie. Zastanawialiśmy się, co moglibyśmy robić. Praca na etacie w dużej, znanej firmie, wysokie zarobki, dodatki, szkolenia, a z drugiej strony… wielka niewiadoma. Chcieliśmy pracy, w której powstaje coś konkretnego. Myśleliśmy o pomaganiu ludziom i wnoszeniu choć małej zmiany w ich życie. Jesteśmy dobrymi handlowcami, lubimy ludzi, jesteśmy otwarci i przede wszystkim lubimy pomagać. W sprzedaży nieruchomości te cechy są ważne.
Zaryzykowaliśmy, założyliśmy własną działalność gospodarczą. Przeszliśmy intensywne szkolenia. Oczywiście musieliśmy przestawić się na inny tryb pracy. Tu liczy się konsekwencja i samodyscyplina. Wreszcie odzyskaliśmy wolność i niezależność. Nie żyjemy od weekendu do weekendu i nie liczymy dni do urlopu. Niedzielne popołudnia nas nie stresują. Nie wstajemy rano z łóżka z poczuciem, że utknęliśmy w „Dniu Świstaka”. Jesteśmy wolni, a to daje szczęście. Polecamy.
Co przekonało mnie do branży nieruchomości? Ja sama. Odbyło się to w sposób naturalny. Fundamentem, na którym zaczęłam budować było moje zainteresowanie nieruchomościami. Dodam, że weszłam w nieruchomości w 2007 roku, gdy rynek już wyhamowywał, wydawałoby się, że w trudnym momencie. Nic bardziej mylnego. Trudne momenty otwierają niesamowite możliwości.
Piotr: dlaczego zacząłem pracę w nieruchomościach? Bo potrzebowałem zmiany. Po kilkunastu latach pracy w branży ubezpieczeniowej zapragnąłem czegoś innego. Ponieważ nadal chciałem mieć nienormowany czas pracy, poznawać coraz to nowych ludzi, podejmować wyzwania, nie tkwić w rutynie - otworzyłem się na możliwości, które daje praca pośrednika. Nie pomyliłem się - jest ciekawie, może nie do końca tak, jak to sobie jako laik wyobrażałem, jednak swojej decyzji absolutnie nie żałuję.
Agnieszka: dlaczego ja i nieruchomości? Zainspirował mnie mój mąż. Przez lata obserwowałam go w akcji i ostatecznie stwierdziłam, że razem będzie łatwiej, efektywniej i raźniej. Dodatkowo stwierdziłam, że wniosę nowe umiejętności i nawyki, które sprawią, że i jemu będzie się pracować bardziej komfortowo i przyjemnie.
Jeszcze podczas naszego pobytu w Kanadzie, jako świeżo upieczeni emigranci, tuż po ukończeniu studiów i rozpoczęciu pracy w korporacjach, zaczęliśmy rozglądać się po rynku nieruchomości. Mieliśmy wtedy ogromną pożyczkę studencką w wysokości kilkudziesięciu tysięcy dolarów kanadyjskich, którą właśnie zaczęliśmy spłacać. Byliśmy zdeterminowani, aby pozbyć się tego długu jak najszybciej. Uparliśmy się i w ciągu niecałych 2 lat dopięliśmy swego. Nasz plan był prosty i podpowiadał go "instynkt" - uwolnić się od zaległości, które - owszem - umożliwiły nam większe skoncentrowanie się na nauce, ale jednocześnie sprawiły, że od tej pory codziennie wisiała nad nami czarna, burzowa chmura, która nie pozwalała nam zostać szczęśliwymi posiadaczami własnego M. A na tym nam bardzo zależało, ponieważ nie chcieliśmy już więcej płacić komuś czynszu najmu, chcieliśmy wreszcie być "na swoim".
W Kanadzie bardzo łatwo i niemal wszędzie można było znaleźć skrzynki z gazetami i/lub regularnie aktualizowanymi magazynami nt. nowych inwestycji deweloperskich, z przepięknymi zdjęciami, wizualizacjami, opisami. Przyciągało to oczywiście naszą uwagę i nie omieszkaliśmy korzystać z każdej nowej partii tych interesujących informacji, wyczekując ich niecierpliwie.. Można powiedzieć, że przypadkowo przygotowywaliśmy się na to, co nastąpi.
Któregoś dnia trafiliśmy na ogłoszenie jednej z agentek nieruchomości zachęcającej do udziału w spotkaniu informacyjnym dotyczącym zakupu nieruchomości przez emigrantów. Oczywiście wzięliśmy w nim udział, co zakończyło się podpisaniem z nią umowy pośrednictwa na poszukiwanie mieszkania w okolicy, w której obecnie mieszkaliśmy. Po pierwszych oględzinach (chyba trzech) nieruchomości i niedzielnej wycieczce we dwoje, żeby zorientować się w terenie, stwierdziliśmy, że nie chcemy jednak mieszkania blisko centrum, chcemy dom na przedmieściach (typowe zachowanie klienta kupującego, prawda?)
W rezultacie nasza pośredniczka jeszcze tego samego dnia otrzymała od nas nowe wskazówki: szukamy domu na wschód od centrum Toronto. Po otrzymaniu kilku (ok. 5) ofert, umówiliśmy się na kolejne prezentacje. Drugi obejrzany dom okazał się strzałem w dziesiątkę - decyzja zapadła na miejscu. Zresztą - jak to raczej zawsze z nami bywa. Tego samego dnia, ok. 1:00 nad ranem, byliśmy już po umowie przedwstępnej, żeby zdążyć z zakupem przed domem otwartym zaplanowanym przez agenta sprzedającego na następny dzień i zagwarantować sobie tę konkretną nieruchomość.
Niedługo potem natknęliśmy się na kolejne ogłoszenie w Metro Toronto zapraszające na spotkanie informacyjne na temat inwestowania w branży nieruchomości. Można powiedzieć, że reszta to historia... Wpadliśmy jak śliwka w kompot. Zaczęły się regularne szkolenia, warsztaty, spotkania, połykanie książek - w ramach organizacji inwestorów, której staliśmy się członkami, oraz za pośrednictwem The Learning Annex - szczególnie utkwili nam w pamięci: Anthony Robbins, David Bach, Donald Trump, Harv Eker, Robert Kiyosaki.
Ewa została pośredniczką, aby zdobyć wiedzę na temat nieruchomości i wesprzeć nasz własny biznes inwestowania w branży nieruchomości. Na pierwszy ogień poszedł rynek, który już znaliśmy, czyli kanadyjski. Później pojawiły się nieruchomości w Polsce, a następnie dołączył do nich szeroko pojęty "świat". I tak się to potoczyło... i toczy do dzisiaj, ponieważ z branżą nieruchomości i inwestowaniem nadal jesteśmy związani na co dzień. Dodatkowo, od momentu powrotu do Polski we wrześniu 2008 r., prowadzimy agencję nieruchomości.
Pracowałam w korporacji i planowałam powiększenie rodziny. Pomyślałam, że dobrze byłoby mieć jakiś "back up", wyjście awaryjne, zawód, który mogłabym wykonywać w bardziej elastycznych godzinach. O nieruchomościach nie wiedziałam nic i stwierdziłam, że byłoby to wyzwanie zacząć od zera. I tak zdecydowałam się na studia podyplomowe z wyceny i pośrednictwa.
Dziś mam tę samą motywację, ciekawa branża plus elastyczne godziny pracy - to dla mnie idealne połączenie.
ul. Aleksandra Gieysztora 6 lok. U7
02-999 Warszawa, Wilanów